Tydzień temu wybrałam się do miasta Świętochłowice , w którym spędziłam dzieciństwo i lata szkolne. Od Katowic to kilka przystanków autobusem miejskim.Towarzyszyła mi znajoma, która tak jak ja mieszkała w tym mieście. Jak zawsze zaczęłam wycieczkę od cmentarza gdzie są groby mojej rodziny.Dalej ulicą Wyzwolenia na której jest moja kamienica.Stare ponad stuletnie domy nie zmieniły się bardzo,przybyło trochę nowych sklepów a po za tym po staremu.Nawet górka niedaleko mojego domu z której zjeżdżałam na sankach zimą będąc dzieckiem przetrwała.Dochodząc do numeru 38 robiło mi się coraz cieplej.Odżyły wspomnienia. Budynek od strony ulicy prawie się nie zmienił ,tylko niektóre okiennice świadczyły o pustostanach. Jakoś nieśmiało weszłam do klatki schodowej i doznałam szoku. To co zobaczyłam , aż mnie przeraziło.Stan jak po wojnie ,ze ścian sypał się tynk ,nie malowane chyba od czasu kiedy tam mieszkałam.Na spisie lokatorów znalazłam tylko dwa znajome nazwiska. Drewniane schody prowadzące na piętro skrzypiały pod nogami.Stara rzeźbiona przepiękna kiedyś poręcz zwisała na prowizorycznych gwoździach..Na półpiętrze był kran z żelaznym zlewem.Często jako dziecko będąc na podwórku piłam z niego wodę.Zostały tylko po nim dziury.Okno zabite deskami ,nowych lokatorów ten fakt nie rusza?w końcu dojrzałam drzwi do miejsca mojego dzieciństwa.,i znowu szok .,zastałam coś co przypominało drzewo obite blachą pomalowane na brązowo z jakimiś mazajami. Natknęłam się na wychodzącą młodą dziewczynę ,która obecnie zajmuje nasze mieszkanie.,i dowiedziałam się co się stało z dawnym wyglądem kamienicy.W latach 70-tych właścicielem budynku był prywatny właściciel Pan Wróblewski ,pamiętam go doskonale.,starszy pan ,którego dzieci wyzywały " Dziambel " po Śląsku znaczy wróbel. Dbał o wizerunek domu i jego remonty.Po śmierci budynek przejęło miasto i oto skutek. Podobnie wyglądają okoliczne znane mi kamienice,w których mieszkały moje koleżanki.Przez sień przeszłam na podwórko .Moje kochane podwórko.W uszach słyszałam śmiech i krzyki bawiących się tam kiedyś dzieci.Obecnie puste bez życia miejsce.Stan budynku od podwórka krytyczny.Moje okna ,dawniej z czerwonymi ramami szpecą brzydotą Chlewiki to pomieszczenia gospodarcze w których trzymaliśmy węgiel i drzewo na opał stoją jak dawniej.Od razu przypomniała mi się historia jak mając może 10 lat skakałam z chłopakami z tych dachów na ziemię .Skoczyłam prosto na deskę z gwoździem i tak przyszłam do domu.Trudno mi było wejść schodami taszcząc w stopie deskę.Z opresji uratował mnie mój tato wyrywając dechę i udzielając mi pierwszej pomocy. Gwóźdź był pokryty rdzą więc nie obyło się bez wizyty u lekarza.Wracając do domu.Przed wejściem od strony podwórka były betonowe schody i murek, ulubione miejsce dzieciaków. Na nim dobywały się nasze spotkania ,omawialiśmy plany zabaw,opowiadaliśmy sobie kawały .Wieczorami tematem były duchy.Rodziły się pierwsze dziecinne miłostki.,gry w chowanego po starych piwnicach i zakamarkach.Cudowne to były lata.Mury tego domu na pewno je pamiętają .Dziwne uczucie mnie ogarnęło ,minęło coś co nigdy nie wróci .Z podwórka na ulicę można przejść przez bramę ,nazywaliśmy ją ańfartem..W bramie ,która oddzielała budynki graliśmy w piłkę lub skakaliśmy w gumę.Teraz wydaje mi się jakaś mała.Jesteśmy na ulicy Szkolnej .Tutaj jest szkoła do której chodziłam.Zamiast starego pięknego budynku zastałam nowe pawilony.Z dawnej szkoły nic znajomego nie zostało.Dalej ulicą Szkolną dotarłam na ulicę Bytomską.Odwiedziłam moją dawną parafię .Kościół taki sam jaki został w mej pamięci ,tylko salki w których odbywały się lekcje religii zniknęły. Na końcu ulicy Bytomskiej ukazała mi się znajoma brama a za nią droga w dół prowadząca do mojego przedszkola .Przedszkole w parku ,prawdziwy raj dla dzieci.Ogród pełen drzew i zieleni. Usiadłam na ławce i obserwowałam bawiące się tam dzieci.,aż łezka w oku się kręciła .Obecnie obok przedszkola są korty tenisowe i ślicznie zagospodarowany park z placem zabaw.W latach 70 tych w tym miejscu rósł dziki park z drzewami kasztanowca.Z nim był i jest Ogród Jordanowski .W czasach mojego dzieciństwa chodziłam tam na półkolonie .Był to jedyny obiekt w Świętochłowicach z basenem.Wychodząc z parku mijamy budynek, w którym mieściło się kino Colosseum .Obejrzałam tam na niedzielnych porankach mnóstwo filmów i bajek.Chodziłam tam z klasą a w zasadzie całą szkoła na filmy radzieckie.Było to obowiązkowe.Wracając deptakiem do przystanku tramwajowego zrobiłam kilka zdjęć kamienicy na której namalowano przepiękne malowidła pokazujące życie na Śląsku.
MOJA KAMIENICA
Tu mieszkałam od 1962 r do 1999r
MOJE PODWÓRKO widok obecny
Te same podwórko w latach 60 tych.Zdjęcie zrobił mój ojciec ,fotografując nas podczas zabawy
Wejście do sieni tak nazywaliśmy klatkę schodową od strony ulicy
Wejście od ulicy Wyzwolenia -widoczny nr.38 a nad nim okno mojego pokoju
Obecny stan klatki schodowej
Schody prowadzące na pierwsze piętro.Na nich bawiłam się z koleżankami w deszczowe dni.
Tak wyglądają obecnie drzwi do mieszkania nr.4
Okna na pierwszym piętrze w których obecna lokatorka suszy pranie ,to nasze okna,kiedyś były pomalowane wszystkie na czerwony kolor..Obok okno z klatki schodowej zabite deskami
Podwórko- widoczne chlewiki ,pierwsze drzwi z prawej strony nasza dawna komórka na węgiel
Wyjście z domu od strony podwórka .Widoczne niezapomniane schody z murkiem
Brama wyjazdowa z podwórka
Brama wyazdowa ,ulubione miejsce zabaw
Moja kamienica -róg ulicy Wyzwolenia i Szkolnej.Dawniej pod oknami był sklep masarski
Obecny wygląd mojej szkoły podstawowej nr.6
Jeszcze widok na moje podwórko z bramy
Deptak na ulicy Bytomskiej
Kościół Piotra i Pawła tu byłam chrzczona i byłam w komunii
Pomnik na placu kościelnym
Ogród Jordanowski-widok obecny
Planty -park w Świętochłowicach
Brama mojego przedszkola
Dróżka prowadząca do budynku przedszkola
Budynek kina w latach 1960 -zdjęcie znalezione w sieci
Ulica Bytomska -widok na kino Colosseum-zdjcie z sieci
Urodziłam się w Chorzowie w latach pięćdziesiątych. Moi rodzice zamieszkali w Świętochłowicach na ulicy Wyzwolenia w starej prywatnej kamienicy na pierwszym piętrze .Mieszkanie nie było duże,pokój , kuchnia z oknami na podwórze.Tata pochodził z Wielkopolski a mama ze Sląska tak więc w domu się mówiło i godało.Pokój był jasny i dosyć duży.Meble jak na tamte czasy to szafa "szrank" trzydrzwiowa ,podwójne duże łóżka zaścielone poduchami i pierzynami,przykryte" heklowaną "zrobioną na szydełku narzutą.Pościel zawsze pachniała świeżym "szkrubkiem" krochmalem.Po obu stronach łóżek stały" nahtiszle" nocne szafki na których stały lampki. albo wazoniki z kwiatami.Po prawej stronie izby ,pokoju były dwa duże "łokna"okna,nad którymi wisiały "gardinsztangi"karnisze do nich upinano wcześniej "wyszkrobione "wykrochmalone heklowane "gardiny"firany.W póżniejszych latach "gardinsztangę zastąpiły linki stalowe .Między oknami stała "fryzierka"toaletka z" rzadłem" lustrem,które można było zamykać.W rogu pokoju na stoliku stał telewizor "Szmaragd" a pod nim gramofon na płyty.Przy wejściu stał okrągły stół przykryty obrusem wyhaftowanym przez mamę.i kilka krzeseł.Meble kuchenne to "byfyj" w którym chowano naczynia kuchenne,produkty spożywcze oraz garnki .Na wprost drzwi było okno a pod parapetem duża szafka t.z.spiżarka.Parapet był bardzo szeroki i często w nie pogodę siedziałam tam obserwując wszystko co działo się na "placu"podwórku.Obok okna nie pamiętam kiedy pojawiła się pierwsza lodówka.,dalej stał stół a nad nim wisiała wyszywana makieta z różnymi napisami lub wzorami o tematyce kuchennej lub kulinarnej.Nad makietą wisiała" roma" wisząca szafka na której stał ręczny młynek do mielenia kawy ,puszki z kawą i herbatą oraz przyprawy.Na stole kuchennym mama przygotowywała potrawy ,jedliśmy ,a popołudniami służył jako biurko do odrabiania lekcji.obok węglowego pieca był kącik z umywalką ,to była nasza skromna łazienka .Wodę grzało na piecu i kąpaliśmy się w ogromnej emaliowanej misce.W soboty przynosiło się ze strychu wannę w której mama nas po kolei kąpała.Mam jeszcze trzy młodsze siostry.w kuchni obowiązkowo musiała być "ryczka" małe niskie krzesełko, na którym mama siadała podczas obierania "kartofli" ziemniaków a ojciec co sobotę wyciągał:" szczewiki " buty z szafki i" glansował"czyścił i pastował.Podłoga pokryta była "delufkami" deskami pomalowanymi na czerwony lub brązowy kolor .,musiała być myta co dziennie a w soboty po generalnym sprzątaniu pastowana i glansowana czyli froterowana.Zakładano szmaty na papcie i wija.Naczynia i szklanki musiały być umyte zaraz po obiedzie ,nie było suszarki więc trzeba było zaraz wycierać i chować na swoje miejsce.W domu nikt niczego nie szukał , najmniejszy przedmiot miał swoje stałe miejsce i o tym każdy musiał pamiętać.Rodzice pracowali na zmiany więc musieli się uzupełniać w obowiązkach domowych i wychowaniu dzieci.Tata często gotował rano obiad ,zastawiał go na piecu i musiał iść do pracy.Mama przychodząc z pracy przejmowała pałeczkę.Pranie to cały rytuał.Zgromadzoną bieliznę sortowała na kolory.Dzień wcześniej pranie moczyła w wannie ,później je płukała ,prała w pralce wirnikowej Frani .Rzeczy przeznaczone do gotowania ,gotowała w dużym garnku na piecu,po czym znowu płukanie i wykręcanie w rękach albo przez wyżymaczkę.Na koniec krochmalenie i wieszanie na strychu,często był to już późny wieczór. Gdy pranie wyschło zanosiło się je do magli gdzie nawijało się pranie na wałki i ręcznie kręcąc korbą maglowano.Tak przygotowaną bieliznę pościelową i ręczniki układano w szafach.Najgorsze były nocne zmiany ojca.Kiedy wracał rano z pracy musieliśmy siedzieć cichutko w kuchni i zająć się czymkolwiek ,żeby tylko nie obudzić odpoczywającego ojca.Często siedzieliśmy z mamą przy cieplutkim piecu słuchaliśmy jej opowiadań.Mama oprócz pracy zawodowej często wyszywała serwetki ,robiła na drutach nawet szyła nam piżamy i koszulki.Tata rąbał drzewo ,przynosił węgiel na opał i pomagał mamie w pracach domowych.Oboje ciężko pracowali i nie mieli łatwo w życiu.Musieli wszystkiego dorobić się sami.Nawet ubrania i buty na zimę kupowali na raty.Żyliśmy skromnie ale szczęśliwie.W domu zawsze panowała radość , ciepło i miłość.Mieszkali w tym domu kilkanaście lat ,dostawiając tylko łóżka i łóżeczka.Miło wspominam ten okres.
ul.Bytomska miejsce naszych spacerów
ul.Bytomska budynek po prawej stronie przychodnia dla dzieci
Budynek i wejście do przychodni .Na końcu budynku po prawej stronie była alejka prowadząca do mojego przedszkola
ul.Wyzwolenia tam właśnie mieszkałam
Typowe okna w familokach-czerwone ramy
Kuchnia urządzona w stylu śląskim -Muzeum Śląskie
Piec jaki pamiętam z dzieciństwa-Muzeum Śląskie
Roma -wisząca półka w kuchni
Telewizor mojego dzieciństwa
Inna wersja romy pod nią wieszano zazwyczaj klucze
Makieta ,którą wieszano nad stołem-Muzeum Śląskie
Urządzenia do pierwszego prania jakie pamiętam
Pierwsza nasza pralka "automatyczna "wirnikowa Frania