sobota, 25 maja 2013

MÓJ DOM

Urodziłam się w Chorzowie w latach pięćdziesiątych. Moi rodzice zamieszkali w Świętochłowicach  na ulicy Wyzwolenia w starej prywatnej kamienicy na pierwszym piętrze .Mieszkanie nie było duże,pokój , kuchnia z oknami na podwórze.Tata pochodził z Wielkopolski a mama ze Sląska tak więc w domu się mówiło i godało.Pokój był jasny i dosyć duży.Meble jak na tamte czasy to szafa "szrank" trzydrzwiowa ,podwójne duże łóżka zaścielone poduchami i pierzynami,przykryte" heklowaną "zrobioną na szydełku narzutą.Pościel zawsze pachniała świeżym "szkrubkiem" krochmalem.Po obu stronach łóżek stały" nahtiszle" nocne szafki na których stały lampki. albo wazoniki z kwiatami.Po prawej stronie izby ,pokoju były dwa duże "łokna"okna,nad którymi wisiały "gardinsztangi"karnisze do nich upinano wcześniej "wyszkrobione "wykrochmalone  heklowane "gardiny"firany.W póżniejszych latach "gardinsztangę zastąpiły linki stalowe .Między oknami stała "fryzierka"toaletka z" rzadłem" lustrem,które można było zamykać.W rogu pokoju na stoliku stał telewizor "Szmaragd" a pod nim gramofon na płyty.Przy wejściu stał okrągły stół  przykryty obrusem wyhaftowanym przez mamę.i kilka krzeseł.Meble kuchenne to "byfyj" w którym chowano naczynia kuchenne,produkty spożywcze oraz garnki .Na wprost drzwi było okno a pod parapetem duża szafka t.z.spiżarka.Parapet był bardzo szeroki i często w nie pogodę siedziałam tam obserwując wszystko co działo się na "placu"podwórku.Obok okna nie pamiętam kiedy pojawiła się pierwsza lodówka.,dalej stał stół a nad nim wisiała wyszywana makieta  z różnymi napisami lub wzorami o tematyce kuchennej lub kulinarnej.Nad makietą wisiała" roma" wisząca szafka na której stał ręczny młynek do mielenia kawy ,puszki z kawą i herbatą oraz przyprawy.Na stole kuchennym mama przygotowywała  potrawy ,jedliśmy ,a popołudniami  służył jako biurko do odrabiania lekcji.obok węglowego pieca był kącik z umywalką ,to była nasza skromna łazienka .Wodę grzało na piecu i kąpaliśmy się w ogromnej emaliowanej misce.W soboty przynosiło się ze strychu wannę w której mama nas po kolei  kąpała.Mam jeszcze trzy młodsze  siostry.w kuchni obowiązkowo musiała być "ryczka" małe niskie krzesełko, na którym mama siadała podczas obierania "kartofli" ziemniaków a ojciec co sobotę wyciągał:" szczewiki " buty z szafki i" glansował"czyścił i pastował.Podłoga pokryta była "delufkami" deskami pomalowanymi na czerwony lub brązowy kolor .,musiała być myta co dziennie a w soboty po generalnym sprzątaniu pastowana i glansowana czyli froterowana.Zakładano szmaty na papcie i wija.Naczynia i szklanki musiały być umyte zaraz po obiedzie ,nie było suszarki więc trzeba było zaraz wycierać i chować na swoje miejsce.W domu nikt niczego nie szukał , najmniejszy przedmiot miał swoje stałe miejsce i o tym każdy musiał pamiętać.Rodzice pracowali na zmiany więc musieli się uzupełniać w obowiązkach domowych i wychowaniu dzieci.Tata często gotował rano obiad ,zastawiał go na piecu i musiał iść do pracy.Mama przychodząc z pracy przejmowała pałeczkę.Pranie to cały rytuał.Zgromadzoną bieliznę sortowała na kolory.Dzień wcześniej pranie moczyła w wannie ,później je płukała ,prała w pralce wirnikowej Frani .Rzeczy przeznaczone do gotowania ,gotowała w dużym garnku na piecu,po czym znowu płukanie i wykręcanie w rękach albo przez wyżymaczkę.Na koniec krochmalenie i wieszanie na strychu,często był to już późny wieczór. Gdy pranie wyschło zanosiło się je do magli gdzie nawijało się pranie na wałki i ręcznie kręcąc korbą maglowano.Tak przygotowaną bieliznę pościelową i ręczniki układano w szafach.Najgorsze były nocne zmiany ojca.Kiedy wracał rano z pracy musieliśmy siedzieć cichutko w kuchni  i zająć się czymkolwiek ,żeby tylko nie obudzić odpoczywającego ojca.Często siedzieliśmy z mamą przy cieplutkim piecu słuchaliśmy jej opowiadań.Mama oprócz pracy zawodowej często wyszywała serwetki ,robiła na drutach nawet szyła nam piżamy i koszulki.Tata rąbał drzewo ,przynosił węgiel na opał i pomagał mamie w pracach domowych.Oboje ciężko pracowali i nie mieli łatwo w życiu.Musieli wszystkiego dorobić się sami.Nawet ubrania i buty na zimę kupowali na raty.Żyliśmy skromnie ale szczęśliwie.W domu zawsze panowała radość , ciepło i miłość.Mieszkali w tym domu  kilkanaście lat ,dostawiając tylko łóżka i łóżeczka.Miło wspominam ten okres.











ul.Bytomska miejsce naszych spacerów

ul.Bytomska budynek po prawej stronie przychodnia dla dzieci

Budynek i wejście do przychodni .Na końcu budynku po prawej stronie była alejka prowadząca do mojego przedszkola

ul.Wyzwolenia tam właśnie mieszkałam

Typowe okna w familokach-czerwone ramy

Kuchnia urządzona w stylu śląskim -Muzeum Śląskie

Piec jaki pamiętam z dzieciństwa-Muzeum Śląskie

Roma -wisząca półka w kuchni

Telewizor mojego dzieciństwa

Inna wersja romy pod nią wieszano zazwyczaj klucze

Makieta ,którą wieszano nad stołem-Muzeum Śląskie






Urządzenia do pierwszego prania jakie pamiętam



Pierwsza nasza pralka "automatyczna "wirnikowa Frania

Tak wyglądała mangielnica


Podobnie wyglądała nasza codzienna toaleta








Brak komentarzy:

Prześlij komentarz