czwartek, 18 lipca 2013

MOJA WALKA Z RAKIEM

                                                               MARZEC 2009 r


Podczas kąpieli od jakiegoś czasu wyczuwałam ruchomy guzek w prawej piersi.Stałam się bardziej czujna.Nawet nie myśląc o piersi, ręka sama ciągnęła mnie w tamte miejsce  jakby chciała mnie przed czymś ostrzec . Guzek raz był wyczuwalny ,innym razem jak by go nie było. Nawet przez myśl mi nie przeszło,iż mogło to być coś groznego. nigdy nie zaniedbywałam badań kontrolnych a ostatnią mammografię miałam cztery miesiące wcześniej. Powiedziałam mężowi o guzku i swoich obawach z nim związanych. Wyczuł to samo,zdecydowaliśmy,że musi to zbadać lekarz. Na wizytę czekałam dwa tygodnie .Chodziłam do pracy jak struta pełna strachu i obawy .czułam,że coś jest nie tak,przecież znam moje ciało i wiedziałam ,że nie powinno tam tego być.Jakby tego mało dostaliśmy smutną wiadomość o śmierci mojego wujka Staśka,najmłodszego brata ojca ,który wiele miesięcy walczył z rakiem mózgu i tą walkę przegrał.Koniecznie musiałam być na tym pogrzebie .Bardzo lubiłam wujka ,był prawdziwym przyjacielem  tylko o kilka lat starszym. Liczyłam także na spotkanie z ciocią Walerką ,która wcześniej chorowała na raka piersi.Na pogrzebie ujrzałam zdrową i promienną kobietę ale nie miałam odwagi o nic pytać. Po pogrzebie cała rodzina bliska i daleka zasiadła przy ogromnym stole w salonie kuzynki gdzie rozmawiano na różne tematy.Siedziałam milcząc, unikałam rozmów ,wspomnień z dawno nie widzianą rodziną.Nagle wydarzyło się coś czego nie zapomnę nigdy.Moja siostra Ilona siedząca na drugim końcu stołu zapytała mnie "Ula czy jesteś zdrowa,masz takie siniaki pod oczyma? Zamarłam,wszystkie oczy skierowały się w moją stronę.Nie wiedziałam co odpowiedzieć i chyba nic nie odpowiedziałam. Pomyślałam, może ona wie ,albo widać tą moją chorobę.Chciałam jak najszybciej wrócić do domu i schować się w czterech ścianach.



                                                 WIZYTA U LEKARZA



Zwolniłam się kilka godzin z pracy i dotarłam do przychodni.Była dosyć długa kolejka.Mój lekarz ginekolog do razu kazał mi przejść do gabinetu obok gdzie przyjmował chirurg od leczenia chorób sutka.Lekarz kazał mi się położyć i wskazać miejsce wyczuwalnego guzka. Tylko dotknął i od razu zaproponował usunięcie guza.Bez dodatkowych badań,bez USG umówiłam się zaraz na drugi dzień na zabieg w klinice jednego dnia.Noc poprzedzająca zabieg minęła bezsennie .,ciągła się w nieskończoność. Rano mąż chciał iść ze mną ,lecz chciałam tam być sama. Wjechałam na drugie piętro kliniki .czekała już na mnie pielęgniarka,która dała mi szpitalną koszulę i kazała czekać w pokoju obok.Poznałam tam dziewczynę po dwudziestce o imieniu Agnieszka ,która była już po zabiegu..Po chwili poproszono mnie do pokoju zabiegowego.Położyłam się na stole i przed oczyma ujrzałam strzykawkę z bardzo długą igła.Przeraziłam się,Lekarz uspokoił mnie zapewniając ,że to tylko znieczulenie i nic nie poczuję.Byłam bardzo spięta ale ukłucia nie poczułam,chyba ze strachu.Lekarz wziął skalpel i zaczął ciąć głębiej i głębiej.Nie mógł dostać się do guzka ,który tkwił bardzo głęboko. Zabieg się przedłużał ,znieczulenie jakby przestawało działać ,czułam coraz to większy ból a guzek stawiał opór.W końcu udało się i wtedy pierwszy raz usłyszałam słowo -rak. .Nie było mowy o pomyłce ,wieloletnia praktyka lekarza zrobiła swoje.Mała chemia i 80 procent na wyleczenie to słowa jakie usłyszałam podczas zszywania rany.Opowiedział mi także o dziewczynie, którą spotkałam ,u niej także wykryto raka a ma w domu kilko miesięczne dziecko.Z kliniki do domu mam 10 minut drogi spacerkiem a wracałam nie wiadomo ile . Bałam się wejść do domu.Jak powiedzieć rodzinie ,że mam raka?Gdy weszłam do mieszkania mąż siedział w fotelu  oglądając telewizję a córka wybierała się do pracy na drugą zmianę. Bez jakiegokolwiek oporu z łatwością wykrztusiłam słowo diagnozy. Usiadłam przy telefonie ,wykręciłam numer do pracy i spokojnie poinformowałam moje koleżanki ,ze mam raka i do pracy już nie przyjdę...Co było potem?Sama nie wiem jak nazwać stan w jakim się znalazłam.Wyłączyłam się całkowicie,patrząc w jedne miejsce zamilkłam.Strach o przyszłość sparaliżował moje ciało stałam się nieobecna. Mąż mówił coś do mnie a ja słyszałam jego słowa jak by w oddali ..Pocieszał mnie ,dodawał otuchy .Nie chciałam tego słuchać,wiedziałam swoje przekonana że czeka mnie najgorsze.Trzymał mnie za rękę,czułam jego ciepło ale nie reagowałam na nic. Do wieczora stan depresji się powiększył i doprowadził do omdlenia.Dostałam od lekarza z pogotowia środki uspokajające. Następnej nocy nikt w mojej rodzinie nie spał.Mąż załatwił sobie kilka dni urlopu i razem czekaliśmy na telefon od lekarza , który miał zawiadomić o wynikach z patomorfologii.



                                                  CZEKAJĄC  NA WYNIKI


Wszyscy czekaliśmy na telefon,który miał potwierdzić straszną diagnozę. Po trzech dniach męki zadzwonił mój lekarz "Tak jak wcześniej powiedziałem ma pani raka inwazyjnego,proszę zgłosić się jutro do przychodni." Tym razem poszłam z mężem.Wspólnie z lekarzem doszliśmy do wniosku ,że najlepszym rozwiązaniem będzie mastektomia i to jak najszybciej.Miałam kilka dni na zrobienie dodatkowych badań .Kobiety decydujące się na mastektomię bardzo to przeżywają myśląc o utraconej kobiecości.Ja tak nie myślałam wiedziałam ,że usuwając pierś ratuję sobie życie. Mastektomia to nie koniec świata.

                           


                                                                  DZIEŃ OPERACJI



Nadszedł dzień mojej operacji 15 kwiecień 2009 r.,godzina 21 . Mąż tego dnia miał nocna zmianę.Odwiózł mnie do kliniki, która sąsiaduję z Hutą Baildon .Czekał ze mną., aż do momentu wejścia na salę operacyjną  i musiał iść do pracy .,chciał zostać ale miał już tyle wolnego a ktoś musiał pracować.Sercem był ze mną.Na stół operacyjny położyłam się sama.Lekarz zaczął malować na mojej piersi jakieś kerseczki a ja nawet nie poczułam kiedy zasnęłam.Obudzono mnie w pokoju ,było mi strasznie zimno,słyszałam głos męża, który urywał się kilkakrotnie tej nocy z pracy .Byłam w pokoju z wcześniej poznaną Agnieszką..Rano kazano nam wstać i samodzielnie dokonać zabiegów związanych z myciem i toaletą.Trochę mnie to zdziwiło ,byłam już kilkakrotnie w szpitalu ale po takich zabiegach zawsze robiła to pielęgniarka.Nie miałam siły wstać na dodatek miałam wszyty wężyk z butelką na wypływającą  z rany chłonkę.Pomogła mi wstać z łóżka koleżanka z pokoju.Agnieszka była drobniutka i nie wiem skąd u niej tyle siły,przecież przeszła  tą samą operację godzinę przed mną . W porze obiadowej siedząc zamówiła sobie schabowego a ja z ledwością łykałam zupę z kubka.W klinice byłam dwie doby.Do końca życia będę pamiętać ból ,który towarzyszył rekonwalescencji.Ściąganie chłonki ,zmiany opatrunku,wyciąganie szwów to tylko niektóre zabiegi które przeszłam a to dopiero początek leczenia.







                                                    CHEMIOTERAPIA



10 czerwiec 2009r podanie pierwszej dawki dożylnej chemioterapii.Przyjechałam wcześnie rano do szpitala na Raciborskiej w Katowicach. Kolejka chyba z 50 osób na badanie krwi. Potem EKG i czekanie do południa na wyniki .Następna kolejka kilka godzin na wizytę do onkologa ,który zdecydował czy można podać chemię w danym dniu. Na szczęście wyniki miałam dobre .Jest godzina 15 ,mogę coś zjeść.Mamy ze sobą kanapki.Około 20 pada moje nazwisko.Wchodzę do pokoju gdzie już kilka pacjentów leży lub siedzi pod kroplówką z której toczy się trucizna ratująca życie.Przed mną taca z workiem czerwonego płynu ,który potocznie nazywają krwawą Mery i kilka strzykawek z innymi lekami.Najpierw dostałam dożylnie tych kilka zastrzyków,osłaniających moje żyły oraz środek przeciw wymiotny.,a następnie podłączono mi czerwony płyn.Trwało to około godziny.Wróciliśmy do domu,byłam tak zmęczona ,że od razu zasnęłam.W nocy obudziły mnie mdłości,siedziałam do rana z miską w rękach.Czułam się  okropnie ,jakby zatruta.Nogi łamały się pod mną jak zapałki ,byłam słabiutka ,ciągle spałam z przerwami na wymioty.Nie pomagały środki przeciw wymiotne,nic nie mogłam przełknąć. zmuszano mnie do wypicia łyku herbaty.Mąż cały czas był ze mną.Głaskał mnie po rękach i głowie ,bardzo mnie to drażniło ,stałam się nie do zniesienia.Prosiłam go o przyniesienie trucizny na szczury.nie byłam sobą.Teraz po upływie czasu wiem co przeszedł ,odrzucając jego troskę bardzo to przeżywał ,czuł się bezsilny .Po dwóch dniach zaczęły wypadać mi włosy,budząc się było ich coraz więcej na poduszce..Córka za moim przyzwoleniem  obcięła mnie na łyso .Zrobiła mi toczek z chusty.Stan ten trwał około tygodnia.Powolutku zaczynałam przyjmować pokarmy ale ciągle czułam zapach trucizny jaką mi podali. Drugi tydzień po podaniu chemii to odpoczynek i przygotowania do następnej.Znowu strach przed tym co przeżyłam i tak w kółko sześć razy .Dostałam sześć cykli i nie życzę tego największemu wrogowi. Jak dzisiaj pomyślę ile dzieci chorych na raka musi przez to przejść.



                                                                    RADIOTERAPIA




Po chemioterapii nadszedł czas na radioterapię ,trwała z przerwami niedzielnymi od 12 .10. 2009 r do 06 . 11.2009 r Otrzymałam dawkę 45 Gy w 20 frakcjach o energii 15 MV.Radioterapię jakoś przeżyłam.Leżąc pod aparatem  ,który niszczył  pozostałe chore komórki  wymodliłam tyle zdrowasiek że trudno by mi było je dzisiaj zliczyć.Po skończonej radioterapii byłam szczęśliwa końca leczenia. Nadszedł następny koszmar.Oparzenia po naświetlaniach wyszły po tygodniu.Skóra zaczęła pękać ,pojawił się stan zapalny.Byłam strasznie poparzona.Nie obyło się bez antybiotyku ,którym smarowałam poparzone miejsca ,i znowu opatrunki ,gaziki i ból.Nadeszła zima a ja nie mogłam się ubrać,wszystko mnie ocierało.Leczenie trwało ponad miesiąc.Kupiłam  ,a raczej dostałam z funduszu śliczne nowe włosy.Nie musiałam przynajmniej nosić czapki.Mój wnuczek nazywał peruczkę ,czapkę z włosami.Na wiosnę następnego roku włosy odrosły .Blizny pozostały.Ręka po usunięciu piersi i węzłów chłonnych jest mniej sprawna ,często puchnie i boli.Najważniejsze  że żyję .Bogu i lekarzom jestem bardzo wdzięczna.Mimo ,iż wszystko dobrze się skończyło moje życie się zmieniło.Nie mam pracy ,rentę mi odebrano,nie czuję się na siłach podjąć jakiejkolwiek pracy.,straciłam wielu dawnych  przyjaciół  ale nowych zyskałam.Liczy się teraz moje zdrowie i druga szansa na dalsze życie.Obym przeżyła jeszcze trochę.Jestem ciągle pod bacznym okiem onkologa i robię regularnie badania kontrolne.Opisałam swoją walkę z rakiem nie w celu  sympatii lub współczucia lecz jako przestroga dla wszystkich kobiet odwiedzających mój blog.Przyznanie się do ciężkiej choroby to dzisiaj nie jest akt wielkiej odwagi ani autopromocja. Pisząc o swoim cierpieniu chcę zmusić kobiety do chodzenia na badania, które szybciej odkrywają zmiany chorobowe ratujące niejednokrotnie życie.Badanie mammograficzne to nie wszystko,tak było w moim przypadku,USG jest bardziej skuteczniejsze.Oprócz tego samokontrola -badanie piersi co miesiąc.Każda z nas najlepiej zna swoje ciało i każda zmiana może być dla nas sygnałem ostrzegawczym ,którego nie można zlekceważyć co zwiększa szanse na pokonanie choroby.Ja zaakceptowałam swoje ciało po mastektomii ,pogodziłam się ze zmianą ,przez usunięcie piersi nie utraciłam kobiecości.Rekonstrukcja ,nie biorę tego pod uwagę,nie chcę znowu przechodzić przez kolejne piekło.Liczy się tylko to, że Żyję.


                             


                                                                   AMAZONKI



Amazonki to wojowniczki żyjące z wojen i napaści przemierzające konno Azję- Mniejszą. Według mitologii greckiej amazonki miały pochodzić od boga wojny Aresa i nimfy Harmonii.Żyły bez mężczyzn ,ich dzieci pochodziły z krótkotrwałych związków z sąsiadami .Chłopców zabijały po urodzeniu lub oddawały ojcom,poświęcając się wychowaniu dziewcząt .Były świetnymi łuczniczkami,obcinały prawą pierś by nie przeszkadzała im w naciąganiu łuku i władaniu włócznią.Ich nazwa wywodzi się z tej praktyki ( a-bez ,mazos-pierś).

Kopia greckiej rzezby Fidiasza 5 wiek p. n. e 
     



                                      AMAZONKI -KOBIETY JEŻDŻĄCE KONNO  NA STARYCH                                                                                        POCZTÓWKACH


























   


                                                     DLA POPRAWY NASTROJU -AUDREY LANDERS




Pocztówki wyszukane w sieci.

10 komentarzy:

  1. Bardzo wzruszająca historia. Gratuluję Ci zwycięstwa nad chorobą, dbaj o siebie i bądź silna. Cieszę się że to napisałaś, to rzeczywiście przestroga dla nas- wszystkich kobiet aby nie zapominać o tym że tak naprawdę nasze ciało i życie jest bardzo kruche. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za komentarz .Niezależnie od wieku pamiętaj o badaniach.

      Usuń
  2. Długo zastanawiałam się co Ci napisać pod tym postem... i doszłam do wniosku, że po prostu napiszę dokładnie to co myślę- jesteś bardzo silna, pokonałaś chorobę, potrafisz z tym żyć i mówić o niej otwarcie, podczas gdy niejedna kobieta się załamuje...tak trzymaj Uleńko! A ja życzę ci na przyszłość przede wszystkim zdrowia i wielu życzliwych osób wokoło.. bo kiedy ma się to, cała reszta sama się jakoś układa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Weroniczko, jesteś kochana.

      Usuń
  3. Dobrze, że Pani z tego wyszła. Bardzo się cieszę i życzę jak najwięcej zdrowia i szczęścia. Jak się Pani teraz czuje?
    Trafiłam tu, bo szukałam historii o walce z rakiem... Mój brat ma raka kości, w kolanie, bez przerzutów, stadium I. Ma dopiero 15 lat, rodzice są załamani, zresztą jak każdy, ale wierzymy, że uda mu się z tego wyjść. Musi, nie wyobrażam sobie innej opcji. Codziennie modlę się o jego zdrówko. Od poniedziałku zaczął dostawać chemię w tabletkach, a w przyszłym tygodniu będzie miał już podawaną dożylnie. Lekarze ostrzegali nas o tym jak może to wpłynąć na jego myślenie. Wiem, że czeka nas trudny okres, ale dla brata będę silna i nie pozwolę mu się załamać.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  4. Polecam portal wiedzy o zdrowiu: http://portal.bioslone.pl/search/node/nowotw%C3%B3r
    Pozdrawiam, Katarzyna

    OdpowiedzUsuń
  5. Ciesze się, że wszystko wyszło dobrze. Gratuluję i każdej kobiecie życzę, by wychodziły z takich chorób!

    OdpowiedzUsuń
  6. Dzięki że podzieliłaś się swoja historią. Prawda jest taka, że wiele kobiet sie nie bada bo nic się nie dzieje,nic nie boli.
    Też przeszłam dwie operacje i walczę z tą chorobą .��

    OdpowiedzUsuń
  7. Witaj! Wprawdzie nie miałam guza piersi ani mastektomii, i mam szczerą nadzieję, że nigdy tego nie doświadczę, ale chciałam powiedzieć, że dużej mierze wiem co przeszłaś. Ja całe dzieciństwo walczyłam z białaczką - od 3 do 11 roku życia - z krótkimi przerwami. Liczne chemioterapie, radioterapie, tysiące kroplówek, tony leków, dziesiątki punkcji lędźwiowych, ciągłe wymioty, wypadanie włosów, w końcu przeszczep szpiku...ufff...oj było tego. I masz rację, przyjęcie takiej dawki trucizny nie pozostaje bez echa, mimo, że w moim przypadku od tego czasu minęło ponad 20 lat. Są też następstwa np.: radioterapia wywołała u mnie silną niedoczynność tarczycy, której jakoś żaden lekarz, przez wiele lat, nie potrafił zdiagnozować, mimo klasycznych objawów. E, dość o mnie.
    Trzymaj się! Pozdrawiam Cię bardzo, bardzo gorąco.
    Elisabetha

    OdpowiedzUsuń
  8. 23zycia@protonmail.com polecam miałem raka z przezutami wszystko znikło dzieki olejowi z konopi!!!!

    OdpowiedzUsuń